CHORWACJA

Odkopany dziennik z podróży! Chorwacja i trochę Włoch.

11 lutego 2015

Przekopując komputer znalazłam swoje ‚podróżnicze dzienniki’. zapisane w notatniku z braku internetu. minęło ponad pół roku, ale chętnie wróciłam wspomnieniami do słonecznych chorwackich dni..

3.08.2014

Choć się tego nie spodziewałam, ten rok okazuje się być obfity w podróże. Te małe i te duże ;]

Można powiedzieć, zaczęło się niewinnie od wygrania biletów. W konkursie na którego wygranie nie liczyłam.

Podróż do Amsterdamu. Krótka, treściwa. 3 dni. Dam Square, Artsi, Stedijk Museum. Na Rembranta nie poszłam, bo za drogo, a w marcu gotówki brak.
Urokliwe uliczki, równe domki, zielone parki. Coffe Shop niby na każdym kroku, a jednak odruchu żeby wejść choćby z ciekawości brak. Może to i dobrze? Bo i na co to komu? żeby się pochwalić na fejsbuczku? bez sensu.
Jest tyle ładnych miejsc, przyjemnych widoków.

Po Amsterdamie na nic więcej się już nie zapowiadało.
Może właśnie dlatego ten rok jest tak obfity.
W kwietniu szukanie lotów, w maju bookowanie miejsca i 32 kilogramowej walizki, wybór szkoły, wybór miejsca, wybór tego co chce, co mogę, co zobaczę.
Bilety na London Luton, 10 dni. Czekałam na ten dzień 7 lat. Spełni się za 20 dni.

A wcześniej? Niespodzianka.
Mam najlepszego tatę na świecie. Przecież jesteśmy już starymi krowami, więc nie musi tego robić. A jednak. Raz na kilka lat rodzinne wakacje. I to nie byle jakie. Choć ciężkie w dotarciu, niezapomniane we wspomnieniach, przeżyciach, chwilach.

29 lipca, powrót z lasu. Po jedenastu dniach z zuchami, człowiek ma ochotę wrócić do rzeczywistości, poleniuchować kilka dni, nie robić nic.
Na wejściu słyszę tylko: wstaw pranie, za kilkanaście godzin wyruszamy. masz buty do chodzenia po wodzie? jak nie to jak tylko wstawisz pranie jedziemy! a zestaw do nurkowania? nurkowałaś kiedyś? nie, nie ma czasu, żebyś poszła się teraz z kimś spotkać, przecież jutro wyjeżdżamy!
„gdzie? mogę się chociaż umyć po tym lesie?”
„no to szybko, szybko! musimy kupić buty, przecież musisz się nauczyć nurkować! nurkowałaś kiedyś? co masz taką minę? nie, nie wiem jeszcze dokąd jedziemy. Czechy, Austria, kilka dni Włochy, później Chorwacja, tak docelowo Chorwacja. tam jeszcze nie byłaś, pakuj się!”

z jednej strony organizm pada, broni się, chce odpocząć, a z drugiej? radość!
tak, tam jeszcze nie byłam. tego jeszcze nie widziałam! jak tam jest? ciepło? wietrzenie? co mogę zobaczyć? czy zdążę się spakować. dziki pęd. 3 godziny później moje pranie kończy się suszyć w lipcowym słońcu, a torba spakowana do drogi. jeszcze tylko zakupy, jeszcze tylko krem z filtrem, jeszcze tylko kapelusz. jestem gotowa.

30 lipca. pakujemy się w samochód. jaki jest minus rodzinnych wycieczek? 6 osób w samochodzie + ponad 20 h jazdy. katorga. zwłaszcza dla mnie – osoby z tak wielką chorobą lokomocyjną, że na samą myśl mi źle. ale daje radę. w końcu lata praktyki w takich wycieczkach, nie?
no to się ładujemy!
wszystko mamy? nie, Jeszce zawróć, jeszcze dowód rejestracyjny! „tato, jak mogłeś! tak na nas krzyczysz, że nie gotowi, a sam zapomniałeś dowodu? brawo”

jedziemy.
idę spać, to najlepszy sposób na chorobę lokomocyjną.
budzę się kilka godzin później.. jesteśmy gdzieś.. nie wiem gdzie. jeszcze gdzieś w Polsce. to widać ;]
z jednej strony dostrzegasz piękne zakamarki, z drugiej strony szare blokowiska, albo ‘autostrada’.
o pierwszej w nocy dojeżdżamy do Katowic. nocleg. tata stwierdził, że nie będzie się męczył. więc śpimy. pobudka z rana. wiadomo, że nam nie wyjdzie. + zgubiłam kartę płatniczą. mBank mnie znienawidził za te wszystkie telefony. a ja jak bez ręki. wiadomo, teraz to mi przecież nie doślą, ale, żeby chociaż na anglię była!

31 lipca – wstajemy rano. choć rano to pojęcie względne biorąc pod uwagę gdzie chcemy dzisiaj dojechać. a chcemy. do Włoch. pewnie się uda. w końcu mój tata to całkiem niezły kierowca. a z 5 pasażerami to niczym ‘podróż za jeden uśmiech’ a w zasadzie za pięć.
śniadanko, pakujemy się, ładujemy się. jedziemy.
kilka godzin i jesteśmy na granicy. a przynajmniej umownie, bo granicy czeskiej już nie ma. tylko tata woła z przodu naszego mini busa [jak się śmiejemy], „patrzcie, granica, róbcie zdjęcia” „zdjęcia czego?” „no tabliczki, że to już Czechy!” nie mógł powiedzieć wcześniej. jak ktoś śpi całą drogę, byle tylko dotrwać do celu, to obudzenie się i znalezienie czegokolwiek do robienia zdjęć trochę zajmuje, z reguły dłużej niż tyle ile przejechanie koło tabliczki granicznej.
tak więc nie mam żadnej z granic. a tego dnia minęłam aż 3.

31 lipca wieczór.

dojeżdżamy do san daniele. albo gdzieś obok, ale w sumie nikt nie wie gdzie. wiecie co jest cudne we Włoszech? lody. nakładane szpachelką. jedna gałka to jak nasze 3. wieczory w urokliwych miasteczkach. trochę wyludnionych. ale lody są, kawiarnia jest, prosciutto z melonem też. choć tego ostatniego to akurat nie lubię. ja jestem tradycjonalistką, i dopóki nie przymieram głodem, jem tylko polędwicę sopocką :D

no więc jest melon, są sery, jest prosciutto, dorośli wino, dzieci lody. wszyscy zadowoleni. choć to dopiero początek podróży. jutro jedziemy dalej. dalej w świat, tam gdzie jeszcze żadne z nas nie było, choć przecież to wszystko nie jest daleko :P

1 sierpnia – jedziemy. po drodze zwiedzamy coś jakby fabrykę prosciutto wraz z restauracją. można iść zobaczyć ‘muzeum szynki’ a przez oszklone drzwi setki świńskich nóg. już wiem, czemu nigdy tego nie jem :P

kiedy połączę się z Internetem przez wi-fi (normalnie tego nie robię, bo mój rachunek byłby większy niż przez cały rok) to tylko widzę na fejsbuku ‘pamiętamy, 17:00’. fakt, dziś 1 sierpnia. rocznica wybuchu powstania. dobrze, że pamiętacie na fejsbuku, a ile osób rzeczywiście o tej 17 będzie pamiętać?
no ale nic nie mówię, w końcu sama aktualnie podziwiam Włochy, a nie obchodzę rocznicę, nie?

 

2 sierpnia – dojechaliśmy do Chorwacji. Posedarje. mała wioska rybacka. bieda, smród. domy niedokończone, gnijące, śmierdzące stęchlizną. w jednym takim, o przewrotnej nazwie ‘apartament nadmorski’ mieszkamy. ahh cóż za zapach, meble, klimat. jak wtedy gdy miałam 5 lat. no ale nic. warunki nadrabiamy pięknym widokiem – a ten jest. przed domem, z tarasu, z tarasu za domem nawet! nie ma go tylko w moim pokoju niestety, tutaj podnosząc do góry rolety mam piękny widok na… w pół wybudowany budynek… a w zasadzie na jego ścianę. widzę beton. bo przecież trzeba mieć co podziwiać z okna na wakacjach?
ale nie załamujemy się, jest pięknie!

generalnie nie spodziewałam się.
z opowiadań znajomych, którzy zwiedzili chorwacką riwierę wynikało, że to piękne państwo, urokliwe miasteczka z kamienistą plażą i lazurową wodą…
rodem z przewodnika!

więc albo nie widzieli, tego co poza okładką, albo zapomnieli wspomnieć ale bieda straszna. tutaj to chyba tylko ryby na sprzedaż są zadbane. pieczołowicie obrabiane przez babcie starowieńki w ludowych chustach przepasanych na głowie, czarnych sukniach jakby żałobnych i skarpetkach. aż żal mi się robi jak patrzę na te kobiety. albo bez wyrazu albo z wielkim smutkiem do świata, bo co z tego, że żyje, skoro to takie nędzne życie.

3 sierpnia – dziś niedziela, dzień odświętny. katolicki kraj, więc rano do Kościoła, a wieczorem, prawdziwa siesta, uczta, zabawa, tańce i śpiewy na żywo. a jak nie na żywo, to z kasety ale i tak się dobrze wszyscy bawimy. ludzie biesiadują, widać szczęście w ich oczach, niespotykane w każdy inny dzień. pary tańczą, panowie piją, panie plotkują, dzieci biegają miedzy stolikami, które nagle zakwitły na środku głównego placu wioski rybackiej. wszyscy się cieszą, jest wieka impreza, cała wioska się zeszła.
to w porównaniu ze wczorajszą smutną babuleńką jest naprawdę uroczy widok.
aż chce się zostać i chłonąć atmosferę, ale zmęczenie zwala z nóg. kalejdoskopowe zmiany pogody dają się we znaki bardziej niż bieg w maratonie.

6.08.2014

Ostatnie dni spędzamy objazdowo – jedziemy, zwiedzamy, jemy, szukamy plaży, kąpiemy się, pakujemy w samochód, wracamy.