INDONEZJA

Jak głosi miejska legenda, czyli jestem żywym eksponatem

19 czerwca 2018
może zdjęcie

Nie mogę zrozumieć, dlaczego w Europie jest taka niechęć do ludzi o ciemniejszym odcieniu skóry. Mamy w sobie zakorzenione wyobrażenie o tym, jak jest, mimo że nigdy tego „jest” nie widzieliśmy. Z uporem maniaka powtarzamy, że okradną, oszukają, porwą, albo i gorzej. A jak jest naprawdę? Zrobią z Ciebie żywy eksponat, z którym warto mieć zdjęcie, albo go dotknąć, bo to przynosi szczęście.

Początki sztucznego uśmiechu

Mieszkam w Indonezji już prawie rok. Przez cały ten czas, tylko raz miałam sytuację, że bałam się „że właśnie mnie porywają”*, i było to dwa tygodnie temu, czyli po takim czasie, kiedy poziom mojego zaufania do Indonezyjczyków jest na dość wysokim poziomie. Ale nie o tym.

Przez miniony rok miałam wiele sytuacji, w których zaczepiali mnie ludzie na ulicy. Chcieli zrobić zdjęcie, porozmawiać, żeby pochwalić się swoją – w ich mniemaniu- świetną angielszczyzną, pochwalić się, że wiedzą gdzie leży Polska i że mają tam znajomych, że znają innych białych i że oni uważają, że biali są super. A najlepiej jeszcze jedno zdjęcie. Albo pięć.

Pierwsze miesiące to tolerowałam. Nie czułam się komfortowo z tym, że obcy ludzie chcą sobie ze mną zrobić zdjęcia, żeby później się pochwalić, że mają „białego przyjaciela”, ale zagryzałam zęby. Pal sześć, że nawet nie wiedzą, jak się nazywam. Zdjęcie to jest dowód nad dowody. A, że jestem gościem w ich kraju i mogę ich uszczęśliwić sztucznym uśmiechem – nie odmawiałam.

Dobrze, dziękuję przez zaciśnięte zęby

Później prośby o zdjęcie i pokrzykiwania na ulicy hello mister, how are you? zaczęły irytować mnie coraz bardziej. „Jak już musisz do mnie wrzeszczeć, to chociaż naucz się, że dziewczyna jest miss, gamoniu” huczało mi w głowie, ale zamiast tego grzecznie odpowiadałam Fine, makasih. Coraz nie chętniej pozowałam do zdjęć z obcymi ludźmi, wykręcając się od tego na wszystkie sposoby. Ci mieszkający w pobliżu mnie wiedzieli, że wszystkie pytania skąd jestem?, czy jestem studentką?, czy mam się dobrze? są zakazane w mojej obecności i tylko Pan Sąsiad, który był ewidentnym szefem dzielnicy, miał to za nic, i robił ze mnie dodatkową atrakcję w swoim warungu (a ja, no cóż, chciałam zjeść, więc pozowałam).

Po pół roku wszystkie źle odmienione nawoływania spotykały się z moim fukaniem na ludzi i odjeżdżaniem z piskiem opon. Miałam serdecznie dość. No kto to widział? Po cholerę im te zdjęcia? Po cholerę im wiedza kim jestem, skąd jestem i co robię w życiu, skoro mijam ich na ulicy i więcej się nie spotkamy?

Pierwsza klasa pociągowa

Miarka przebrała się podczas mojej ostatniej podroży pociągiem. Niedziela, popołudnie, pełny skład. Siadam wygodnie na swoim miejscu, gratulując sobie w duchu, że zarezerwowałam bilet w wyższej klasie (8 zł więcej = dwa razy więcej miejsca). Naciągnęłam bluzę, założyłam słuchawki i zagłębiłam się w lekturze. Koło mnie siedziała Pani. Nic nadzwyczajnego, muzułmańska kobieta z tobołkami poupychanymi w każdy wolny kąt między siedzeniami. Widać po twarzy, że zmęczona trwającym Ramadanem i spragniona; wprost nie może się doczekać, kiedy będzie mogła się napić i zjeść. Siedzi i kątem oka mi się przygląda, ale udaje, że nie. Pociąg rusza. Pani wyciąga telefon i zaczyna robić sobie selfie. Ale nie takie zwykłe, jakie selfie w założeniu powinno być. O nie, nie – te które robiła – wszystkie były ze mną w tle. Kiedy rzucałam na nią spojrzenie w stylu „odczep się” udawała, że nic się nie dzieje i gasiła ekran telefonu. Po wykonaniu serii około 100 tych niby-selfie przerzuciła się na filmiki. I kręci ten przedział, jak jedzie pociąg, i mnie. Już teraz bez krępacji, bo przecież może poudawać, że kręci widoki za oknem. Tylko jak, skoro ja się o okno opieram, cały widok skutecznie zasłaniając? Nie chciałam robić afery, więc cierpliwe znosiłam te przypadkowe zdjęcia. Ale aż się we mnie zagotowało, kiedy dostrzegłam, jak wrzuca świeżo zrobione zdjęcie ze mną kolejno na fejsbuka, instagram i okoliczne grupy na line i whatsapp’ie. Wszędzie podpis „bule”, czyli „biały człowiek” (wypowiedziane na głos podobno ma wydźwięk prześmiewczy). No do ciężkiej cholery! Kto Ci pozwolił, wstrętna babo? Siedzę tu i widzę, co robisz! A ona nic. Niewzruszona. Wykręca się tym, że nie rozumie. Próbuję do niej więc mówić moją kaleczną bahasą, że nie podoba mi się to, co robi; Pani wstaje, wychodzi do łazienki. Wraca po chwili, udając że rozmowa nie miała miejsca.

Biały człowiek na szczęście

Kiedy emocje opadną zastanawiam się, dlaczego oni to robią? Moi indonezyjscy znajomi, którzy są bardziej „obyci” z ludźmi z zagranicy, twierdzą że dzieje się to z powodu przekonania, że biały człowiek przynosi szczęście. Jeżeli masz białego znajomego, zdjęcie z białym, albo – jeżeli jesteś ciężarna – biały dotknie Twojego brzucha, będziesz mieć szczęście. Stanie się coś dobrego. Nie wypada w Indonezji dotykać dzieci, jednak czasami matki proszą białych turystów, aby dotknęły główki dziecka – na szczęście.

Dłuższe refleksje nad tym tematem doprowadziły mnie do konkluzji, że tak jest lepiej. Mimo że na co dzień jest to strasznie irytujące, jest to lepsza wersja niż ta, którą Indonezyjczycy zastaliby, przyjeżdżając do Europy. W Polsce nikt by nie krzyczał za nimi radośnie „hej, jak się masz?”, ale raczej zwyzywał od ciapatych, brudasów czy terrorystów. I w takich momentach myślę sobie, że jest mi wstyd za nasz kraj.

My, biali bogowie

Kiedy jedziemy na wakacje do Azji, zachowujemy się jak bogowie. My – bogaci, biali, wykształceni ludzie zachodu. Oni się cieszą, podziwiają nas; ci bardziej roztropni szukają takich „wielkich panów zachodu”, których mogą oszukać na 60 gr (dla nas 60 gr, na które machniemy ręką, dla nich jeden mały posiłek). Czy to nie my trochę zbudowaliśmy tę otoczkę własnego piękna i podziwu? Czy to nie przez nasze zachowanie, tak się właśnie dzieje? Że „przynosimy szczęście”?

A co oni dostają w zamian? Hejt, oszczerstwa, bluzgi, a w ekstremalnych przypadkach – pobicia. Czy taki jest świat, w którym chcemy żyć? Ja nie chcę. Sprzeciwiam się temu. Nie musimy wszystkich lubić, ale mamy przeklęty obowiązek szanować. Bez względu na kolor skory, tradycje, pochodzenie czy wyznanie.

A jakie są Wasze odczucia i doświadczenia? Jak się czujecie, podróżując po innych krajach? Jak się czujecie, mijając obcokrajowca na rodzimym podwórku? Koniecznie dajcie znać!

* Powiem tylko, że nic się nie stało, Pan kierowca nie dostał napiwku, a reprymendę, że jak się nie wie, to się pyta,  a nie jedzie na oślep i to za szybko (90km/h  skuterem, który wygląda jakby miał się rozpaść, to nie jest wesoła sprawa).

You Might Also Like